piątek, 20 stycznia 2017

Rozdział 33

...dosyć psychologii, bo są ŚWIĘTA!...





            

            
           
            To były fajne święta pomyślała Rosalin Black siedząc samotnie w jednym z przedziałów Express Hogwart. Pociąg ruszył już jakiś czas temu, a ona, zamiast poszukać przyjaciół, zajęła sobie miejsce i czekała. Mówiąc szczerze to nie śpieszyło jej się do towarzystwa. Odpowiadała jej cisza, zakłócona jedynie turkotem kół po szynach. Mogła wtedy spokojnie myśleć, jak również oddać się wspomnieniom. Z zamkniętymi oczami wspominała minione święta.
„Pierwsze świąteczne śniadanie zjadły w Instytucie razem z Todd’ami*. Wymienili się prezentami, które miały być praktyczne, wedle zwyczaju Nocnych Łowców. Dostała śliczny sztylet, a jego nazwa została nadana na cześć anioła Refina*. Był nieduży, lekki i poręczny. Łatwo go można schować, przez co był dla Ros lepszą bronią niż łuk, który dostała jej matka. Mogła go nosić przy sobie nawet w szkole, chociaż tam raczej nie był jej potrzebny. Todd’owie, całą trójką, dostali po serafickim nożu.
            Resztę prezentów, jak i kolejne świąteczne śniadanie znalazła u Magnusa. Tradycyjnie nie mogła odejść od stołu, dopóki nie dostała wyraźnego pozwolenia i po raz, chyba trzeci, próbowała zrobić o to awanturę. Próbowała, bo jej entuzjazm został ostudzony spokojnym tonem i słowami jej matki: „Jeśli spróbujesz wstać od stołu, zanim ci pozwolę, nie dostaniesz już niczego”. I tyle… Żadnych krzyków czy dyskusji, bo gdyby się odezwała tegoroczne prezenty zobaczyłaby dopiero w przyszłym roku i to nie 1 stycznia. Nie chciała też denerwować mamy, nie w święta…
            Kiedy, w końcu, dorwała się do prezentów zdziwiła ją ich ilość. Spodziewała się dwóch, tradycyjnych paczek, a zobaczyła o wiele więcej. Wzięła największą z nich, przyozdobioną w śmieszy papier, na którym był ruszający się jeleń z biegającym dookoła niego psem. Nie miała zielonego pojęcia, skąd jej mama wzięła ten papier, ale odkąd pamiętała prezenty od niej były właśnie tak zapakowane. Delikatnie zdjęła papier, aby nie uszkodzić go za bardzo. Było tam zwykłe pudełko, z takich, w które można chować na przykład zabawki. Zdjęła wieczko i zajrzała. Na samej górze leżał piękny naszyjnik w komplecie z bransoletką. Zapakowane były w przezroczyste pudełeczko. Był to jeden z rodzinnych kompletów biżuterii. Delikatnie wyjęła naszyjnik z opakowania i przyjrzała mu się z bliska. Była to gustowna, gremlińska robota. Wykonany z białego złota z delikatnymi szmaragdami, które w kształcie przypominały łezki. Było ich siedem ułożonych równolegle na łańcuszku. Ostatni, samotny kamień był większy od reszty. Wielkością przypominał orzech laskowy. Na złocie, z drugiej strony kamienia był wyryty herb- herb Black’ów. Dzięki temu dziewczyna wiedziała, po której rodzinie jest to pamiątka. Bransoletka była prawie identyczna. Jedyną różnicą było to, że wszystkie kamienie były jednakowej wielkości i ułożone obok siebie.
            Resztę dużego pudła zajmowały ubrania i książki. Dwie księgi o eliksirach, których na pewno nie dało się zdobyć w pierwszej lepszej księgarni i dwie mugolskim książki „Mistrz i Małgorzata*” oraz „ Mitologia Greków i Rzymian, której nie znacie”. Dostała też dwie spódnice do mundurka, które zmieniały kolor oraz parę zwykłych bluzek. Podeszłą do mamy i mocno ją uściskała.
-Dziękuję- szepnęła.
-Ależ nie ma, za co, kochanie- odpowiedziała uśmiechnięta Emily, gestem nakazując córce rozpakowanie reszty prezentów.
            Kolejny rozpakowała prezent, jak się domyślała-przez szaleńczą ilość brokatu- od Magnusa. Była tam masa różnych słodyczy, za co został obdarzony złym spojrzeniem przez panią Black. Oprócz tego była tam książka o roślinach leczniczych i ich zastosowaniu i grube, czerwono-złote rękawiczki. Uśmiechnęła się do niego promiennie i zabrała się za resztę.
            Pierwszy był prezent oprawiony w śliczny, srebrny papier. Rozpakowała go szybko. Na wierzchu leżała karteczka napisana dobrze jej znanym pismem.

Kochana, Rosi!
Wszystkiego najlepszego z okazji świąt!
Razem z mamą mamy nadzieję, że prezent będzie się podobał.
Do zobaczenia po przerwie.
Draco
            Uśmiechnęła się ciepło do listu i wzięła do ręki, nic innego jak kolejną książkę. Tym razem był to zbiór magicznych opowiadań. Nie były to jednak znane wszystkim „Baśnie Barda Beedel’a”. Ta książka nosiła tytuł „Baśnie nieznane”. Miła przepiękną granatową okładkę z błyszczącymi gwiazdkami na rogach. Tytuł mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Z ciekawości zajrzała na pierwszą stronę. Zobaczyła tam napisane ślicznym pismem słowa:      Vita transierit, non amiciti*. To pismo na pewno nie należało do Dracona. Był tam również podpis: N.Z. Nie miała pojecie, co to mogą być za inicjały. Sprawdziła na książce, czy przypadkiem autor nie miał takich, jednak owa książka oficjalnego autora nie posiadała. Z mętlikiem w głowie przekręciła na następną stronę i tam znalazła dedykację od Dracona.

Wszystkiego najlepszego z okazji naszych pierwszych świąt!
P.S. Polecam trzecie opowiadanie.
Draco
            I tyle. Można było powiedzieć, że młody Malfoy jest oszczędny w słowach. Przynajmniej na papierze.
Dziewczyna nie rozwodziła się więcej nad tym tylko złapała kolejny prezent.  Ten był zapakowany w czerwony papier z uroczymi, rysowanymi ręcznie kwiatkami.  Leżały tam dwa swetry. Jeden był błękitny, z wyszytym odciskiem psa na środku. Drugi był granatowy z piękną czerwoną różą. Do tego były zapakowane ślicznie pachnące paszteciki dyniowe. Rosi zaczęła szukać jakiejś karteczki czy listu, jednak nic nie mogła znaleźć. Przeszukała dokładnie papier i pudełko z pasztecikami. Następnie przetrząsnęła swetry i dopiero z rękawa tego granatowego wypadł list. Zaadresowany był „Emily i Rosi”, dlatego od razu zawołała mamę. Po krótkiej naradzie, dziewczyna zaczęła czytać na głos.

Kochane dziewczynki!
Wszystkiego najlepszego z okazji tych pięknych świąt. Nie wątpię, że tym razem prezent do was dotarł (tu Rosi spojrzała pytająco na mamę, jednak ta kazała jej czytać dalej). Mam nadzieję, że święta mijają wam pomyślnie, w szczęśliwej atmosferze. Żałuję, że nie możemy spędzić ich razem… Przesyłam wam jednak moc uścisków i całusów od wszystkich.
Co do waszych prezentów, to ten jaśniejszy jest dla Em, a ciemniejszy dla Rosi. Mam nadzieję, że będą pasować i, oczywiście, że się podobają.
Jeszcze raz wesołych świąt i do szybkiego zobaczenia.
Molly z rodzinką
-Mamo?
-Tak?
-Wysłałaś im coś, prawda?
-Oczywiście, kruszynko- mrugnęła do córki i odeszła dopić kawę.
            Rosi szybko założyła sweter i przekonała się, że był on nieziemsko wygodny i ciepły. Idealny na chłodne wieczory z książką i herbatą. Postanowiła, że napisze cioci Molly serdeczne podziękowania i zabrała się za kolejną paczkę.
            Opakowany w ciemnozielony papier paczka nie wyglądała na książkę, więc to ją wzięła, jako kolejną. Znalazła tam piękne pióro i kubek z napisem „I’m queen”. Do tego były jeszcze słodycze i kartka.

Wesołych Świąt!
Miałem zamiar dać ci książkę, ale pomyślałem, że pewnie dostaniesz ich ze sto, kujonico… Dlatego poprosiłem mamę o coś innego. Mam nadzieję, że się spodoba.
Moc uścisków,
Blaise
Od razu poznała pismo tego gagatka. Gdy przeczytała przytyk pod swoim adresem, z uśmiechem warknęła pod nosem „kretyn”.
-Coś ty powiedziała?- usłyszała głos swojej mamy, dochodzący z kuchni.
-„Kochany”- krzyknęła.
            Omiotła wzrokiem pozostałe trzy paczki. Fioletowa, niebieska i bordowa… Złapała tą pierwszą i szybko rozpakowała Cały dzień mi się zejdzie pomyślała z uśmiechem.
            W środku było… Zgadnijcie… Kolejna książka. „Metamorfomag. Ktoś czy coś?”. Prychnęła na ten tytuł i wyjęła śliczną bransoletkę. Srebrna, składająca się z łańcuszka i dwóch uroczych zawieszek. Była to jedna z tych, do których dokupowało się zawieszki o różnych kształtach. Przy jej były już: lew i wąż. Szybko rozpieczętowała list, który był dołączony.

Droga, Rosi!
Wesołych Świąt, cukiereczku! Mam nadzieję, że nie pogniewasz się za tą książkę, ale nie mogłam się jej oprzeć.
Jak się domyślasz, bo domyślasz się na pewno zawieszki mają pewne znaczenie. Lew i wąż. W naszej szkole, od wieków walczą ze sobą. Doczepiłam je do twojej bransoletki na znak, że my „lew” i „wąż” walczyć ze sobą nie będziemy.
Ale dosyć psychologii, bo są ŚWIĘTA! Szalonej zabawy Ci życzę. Mnóstwa prezentów i nie tylko książek, bo się pod nimi zakopiesz. Wróć jeszcze bardziej uśmiechnięta niż byłaś. Do zobaczenia w szkole.
Twoja,
Dafne
            Czytając ten list uśmiechała się głupkowato. Tyle osób mówiło jej, że nie warto przyjaźnić się ze Ślizgonami a tu taka niespodzianka. Dobrze, że ona nie była jedną z tych osób, które bezmyślnie słuchają innych, bo straciłaby bardzo fajne znajomości. Założyła sobie bransoletkę i sięgnęła po następny prezent, patrząc, jak zawieszki stukają o siebie.
            W niebieskiej paczce znalazła, od dawna interesującą ją książkę o transmutacji, której, niestety, nie mogła znaleźć w bibliotece. Dodatkowo worek słodyczy.

Wesołych Świąt!
Ty też popadłaś w ten świąteczny szał? Mam nadzieję, że nie…
Pamiętasz jak dyskutowaliśmy o tej książce? Na pewno, masz pamięć jak słoń. Znalazłem ją, więc stwierdziłem, ze to idealny prezent dla ciebie, chociaż nie wiem, czy powinnaś dostawać tysięczną książkę. Nieważne…
Wesołych, pogodnych, rodzinnych świąt! Nie licz na nic bardziej oryginalnego, bo składać życzeń to ja nie umiem. Nie zamarznij tam.
Teodor
            Dlaczego wszyscy myśleli, że jest jakąś maniaczką książek? Przecież nie siedziała i nie czytała w każdej możliwej chwili. A nawet, jeśli, to czy to coś złego? Ach… ci złośliwi Ślizgoni…
            Wzięła ostatni prezent. Delikatnie zdjęła papier. W środku znajdowały się dwie książki: „Wyznania Łgarza” oraz „Ostatni Pan i Władca”* i mieszanka owocowych herbat.

Kochania, Rosi!
Z okazji Świąt chcę Ci życzyć zdrowia, szczęścia, uśmiechu, góry prezentów i czego sobie życzysz. Mam nadzieję, że prezenty będą się podobać, jak również, że nie dostałaś tylu książek, że moje wydadzą ci się bezsensowne.
Kocham Cię,
Hermiona
            Rosi tylko uśmiechnęła się nad tym listem. Kochanych książek nigdy za wiele.”
            Ze wspomnień wyrwał ją głośny okrzyk:
-Ileż cię można szukać? Jakbyś nie mogła usiąść gdzieś bliżej.
            Do jej cichego i spokojnego przedziału pakowały się właśnie trzy wrzeszczące stwory.
-Też się cieszę, że was widzę, chłopaki.-odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
-Pfff…- prychnął Zabini- Nie poczekała na peronie, w pociągu polazła nie wiadomo, dokąd, teraz jest nie miła, oj ja nie wiem, ja nie wiem…
-Czego nie wiesz, Blaise?
-Czy ty nas tu w ogóle chcesz?- żachnął chłopak.
-Oczywiście…- widząc uśmiech samozadowolenia na twarzy chłopaka, skończyła- że nie. A ty, co myślałeś?
-Chłopaki, wychodzimy.
            Podniósł głowę do góry i jak obrażona primadonna odwrócił się w stronę drzwi. Już miał łapać za klamkę, gdy otworzyły się same…
-Oj, przepraszam-wyszczerzył się.
            W drzwiach stała Hermiona. Uśmiechnęła się do Blaise’a, odpowiedziała ciche „Nie szkodzi” i rozejrzała się krytycznie po przedziale.
-Tu jesteś, Black. A ja cię, kretynko, po całym pociągu szukam, ciągam ten przeklęty kufer…
            Prawiła tak swoją litanię wchodząc do środka i przekazując oniemiałemu Zabini’emu kufer. Rozsiadła się obok blondynki i przytuliła ją. Rosi odwzajemniła uścisk, patrząc zdziwiona na chłopaków z nad ramienia przyjaciółki.
-Wiesz, Blaise, nie wręczyłam ci mojego kufra, żebyś tak z nim stał, możesz go położyć na półkę- zwróciła się z uśmiechem do chłopaka, a wszystkim dookoła szczęki opadły, stukając głośno o podłogę.
-Przepraszam?- Zabini zamrugał oczami ze zdziwienia.
-Blaise, kretynie, połóż ten kufer tam- mruknął Teodor pokazując palcem na półkę nad dziewczynami.
-Aha, ok.- mruknął, dalej zaszokowany.
            Położył kufer na miejsce i razem z chłopakami zasiedli naprzeciwko dziewczyn. Nastała drażniąca uszy cisza. Rosi rozejrzała się po przyjaciołach i stwierdziła, że chłopcy mają jednakowe, pełne niedowierzania miny. Hermiona siedziała jak gdyby nigdy nic i nawet zaczęła czytać książkę. Blondynka nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Jednak zanim zdążyła coś powiedzieć, odezwał się Teodor.
-Co tam czytasz, Granger?- jego głos nie był ciepły czy miły, ale kulturalny na tyle, że dziewczyna uniosła głowę znad lektury.
-„Alchemika*”- odpowiedziała podobnym tonem- A co?- zapytała uśmiechając się.
-Ciekawa okładka-odpowiedział chłopak- Mugolska, prawda?
-Tak, dostałam na święta- wyjaśniła.
-Ode mnie- wtrąciła swoje trzy grosze, Black’ówna.
-Miło- wtrącił, idący za przykładem blondynki, Blaise.
-A wy, co dostaliście od okazu mądrości i przenikliwości?- zapytała uśmiechnięta, Granger.
-Ty mówisz o mnie?- zdziwiła się Ros.
            Hermiona westchnęła ciężko i zaczęła mówić tonem dorosłego rozmawiającego z pięciolatkiem.
-Tak, kochanie. Przecież przed świętami doradzałaś wszystkim, co mogą kupić innym na święta.
-Tylko zapomniałaś powiedzieć o sobie- mruknął, odzywając się po raz pierwszy, Draco.
            Rosalin opuściła ręce w geście bezradności, patrząc na ten, co najmniej dziwny, obrazek.
-Ja was bardzo przepraszam, ale trzeba było się zapytać- zirytowała się dziewczyna-Co ja, Duch Święty?
-Tak- odpowiedział jej niespodziewanie zgodny chór.
            Pierwsza zaczęła śmiać się Hermiona. Blaise, jak to Blaise, słysząc czyjś śmiech sam zaczął chichotać. W momencie, gdy Zabini zaczyna się śmiać jest bardziej niż pewne, że inni zaraz będą się śmiać. Jak za dotknięciem różdżki reszta towarzystwa zaczęła się śmiać.
-To jest najdziwniejsza sytuacja, w jakiej dane mi było brać udział- powiedziała Rosi, całkowicie pewnym głosem.
            Wszyscy rozejrzeli się po sobie. Nastała pełna napięcia cisza, którą, bardzo niechętnie, przerwała panna Granger.
-Nie przepadam za wami. Mówiąc bardziej dobitnie nie lubię was, ale skoro Rosi się z wami zadaje musi mieć ku temu podstawy-oczy blondynki rozszerzyły się do wielkości galeona, a Gryfonka kontynuowała- Nie chcę zawierać z wami jakiejś głębszej znajomości i, jestem tego pewna, wy ze mną też nie. Spędźmy tą podróż w kulturalnej atmosferze, a w zamku rozejdziemy się, każdy w swoją stronę.
-Co?- wyrwało się z czterech gardeł.
-Ale wy jesteście elokwentni, to musi być jakaś Ślizgońska cecha, bo i Rosi ją posiada.
-Ha ha ha, bardzo śmieszne- zironizowała zainteresowana.
-Mogłabyś się przez chwilę nie wtrącać?- zapytała uśmiechnięta dziewczyna- Czekam na bardziej rozwiniętą odpowiedź od twoich przyjaciół.
-Zgoda- mruknęli wciąż zaszokowani Ślizgoni.
-Cieszę się bardzo- odpowiedziała z uroczym uśmiechem szatynka i wróciła do lektury.
-Nie mam pojęcie, co tu się przed chwilą stało-powiedziała wciąż lekko zaskoczona dziewczyna- ale nie będę wnikać. Opowiadajcie jak wam minęły święta.
            Większość podróży minęła im na opowiadaniu o prezentach i innych błahostkach. W pewnym momencie nawet panna Granger odłożyła swoją książkę i włączyła się do dyskusji.
Gdy zbliżał się koniec podróży dziewczyny wyszły się przebrać. Przeszły kawałek w ciszy. Nagle, pod wpływem dziwnego impulsu, Rosi przytuliła mocno przyjaciółkę i wyszeptała „Dziękuję”.
-Nie ma za co, mordko- powiedziała Hermiona, wyplątując się z objęć przyjaciółki- Jednak to nie zmienia faktu, że ich nie lubię- pokazała jej język i ruszyła w dalszą drogę.
            Kiedy pociąg stanął na peronie poczekali aż reszta uczniów przeciśnie się na śnieg i mróz, na które im się nie śpieszyło. Blaise podał dziewczynom kufry, za co został nagrodzony promiennymi uśmiechami, przez które, jak sam stwierdził, „Zaraz dostanie cukrzycy”.
            Szybko zajęli sobie powóz. Podczas tego krótkiego spaceru każde z nich prosiło Merlina, żeby nie odmrozić sobie twarzy. Niestety ekstremalna zima nie opuściła jeszcze Szkocji.
-Nie wiem, jak wy, ale mi się nie widzi przejście całych tych przeklętych błoni- mruknął Zabini.
-Tak mówisz?- zironizował Nott.
-Czepianie się go, nie sprawi, że śnieg stopnieje, Teo- zauważyła panna Black.
-Ale mi się lepiej zrobi- odpowiedział szczerząc się do niej.
            Dziewczyna zachichotała cicho. Sama musiała przyznać, że składanie wszystkiego na Zabini’ego było zabawne, a chłopakowi to nie przeszkadzało. Bardzo dobrze potrafił się odgryźć. Przecież nie został Ślizgonem przez przypadek.
            Drogę do zamku pokonali bardzo szybko, a raczej na tyle szybko, na ile pozwalały im warunki. Na szczęście dla nich, tego dnia nie padał śnieg, a i sam wiatr nie był zbyt mocny. Dróżka była odśnieżona i dodatkowo udeptana przez uczniów.
            Pożegnali się przy wejściu do Wielkiej Sali i każda paczka ruszyła do swojego stołu. Dziewczyny szybko odnalazły swoich przyjaciół i w radosnej atmosferze zjadły pierwszą Hogwardzką kolację w nowym roku.

           
*Todd'owie- rodzina Nephilim mieszkająca w Instytucie. Jest to całkowicie mój wymysł ;)
*Refin- imię anioła, które także wymyśliłam.
*książka Michaiła Bułhakowa, która jest na mojej liście czytelniczej ;)
*łacińskie: Życie przemija, przyjaźń nie (tłumaczone na tłumaczu :D )
*„Wyznania Łgarza” oraz „Ostatni Pan i Władca” książki P. K. Dick'a, serdecznie polecam


                                                                        Witajcie kochani! 

Oto kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się podobał, jak również, że raczycie wyrazić swoje zdanie w komentarzu. Nie będę się tu rozpisywać, bo wydaje mi się, że rozpisałam się w rozdziale. 
Lecę oglądać Harry'ego :D I znów będę przeżywać śmierć Syriusza. Widział to człowiek wiele razy, a dalej rusza.
Komentujcie, bo to pomaga.
~Książkoholiczka Black                                                                                   


                                                                                                                                                                   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz